Takie czasy

Nastały czasy dziwne, niebezpieczne, niepewne. Świat, dotąd dla nas, Europejczyków stabilny i przewidywalny, stanął dziś na krawędzi.

Bezpieczne i otwarte na różnorodność europejskie metropolie płoną i krwawią dochodząc cholernie blisko do krawędzi wojny domowej. Do Europy wlewa się islamska horda, a Europejczycy spolaryzowali się w jej obliczu stając po dwóch stronach barykady – większość szeroko otwiera ramiona, a pozostali mocno zaciskają pięści.

PARIS, FRANCE – MAR 23, 2017: Man purchases newspaper from press kiosk newsstand featuring Terror in London headlines following the terrorist attack in London at the Westminster Bridge

 

Unia Europejska jawiąca się nam przez całe lata jako oaza normalności, wolności, nowoczesności, bogactwa i szczęśliwości, każdego dnia odsłania coraz bardziej i coraz bezczelniej swoją prawdziwą twarz. Twór, który wydawałoby się miał w swym założeniu być Stanami Zjednoczonymi Europy, z wybieraną kolektywnie władzą centralną, ale ze sporą autonomią i niezależnością lokalnych społeczności narodowych, okazał się prywatnym socjalistycznym folwarkiem Niemiec, formatującym całe społeczności na wzór mdłych, płaskich i bezwolnych ludów Zachodu. Niemiec, którym nie udało się dwukrotnie zniewolić Europy siłą, więc postanowiły dokonać tego pożyczanym na wysoki procent drukowanym kapitałem i napisanym przez siebie i dla siebie prawem.

Unia Europejska mająca być wzorem wolności słowa i przekonań wprowadziła cenzurę i reżim obyczajowy znany wyłącznie z ustrojów totalitarnych. Za wyrażanie poglądów nie będących zgodnymi z linią brukselskiej doktryny traci się pracę, staje przed sądem, a nawet ląduje w więzieniu.

Nazywanie rzeczy po imieniu kończy się stygmatem rasisty i faszysty, choć to właśnie z najprawdziwszym rasizmem i faszyzmem spotykamy się w zderzeniu z coraz brutalniejszym i napastliwym islamem.

 

IV RP, czy jednak wciąż PRL?

W naszym kraju z kolei do władzy doszli populiści pokonując totalnie ugrupowania, które dawały Polakom złudne poczucie dostatku i stabilności.

Dzisiaj człowiek myślący, nie tylko nie umie opowiedzieć się z czystym sumieniem po którejkolwiek ze stron, ale wybór jaki przed nim stoi, jest jak między kiłą a rzeżączką – nie dość, że z zasady będziemy wydymani, to ta wątpliwa przyjemność przypominać będzie nam się jeszcze długo bolesnym pieczeniem.

Co to za wybór, gdy po jednej stronie mamy skrajne lewactwo, a po drugiej komunistów udających skrajną prawicę?! Innymi słowy do wyboru mamy nurt neokomunistyczny, ubrany w „nowoczesne” szaty lub ten zakrawający o kato-faszyzm z komunistycznymi ciągotkami. Wybór pomiędzy światem wypranym z narodowości i tożsamości, w pełni poddanym woli Czwartej Rzeszy, a nacjonalistycznym katolickim zaściankiem, w którym rządzi kościół i sztuczna duma narodowa. Bezpiecznym, ale uwstecznionym.

Nie ma nic pomiędzy. Nie ma odcieni szarości. Nie ma nawet dobra i zła. Jest tylko mniejsze zło, zarówno na arenie europejskiej, jak i na naszym podwórku.

Nastały czasy, w których rząd kato-papetów sterowany z tylnego fotela, z bezbarwną kukłą w roli premierki i klęczącą pacynką z długopisem w zębach na stanowisku prezydenta jest mniejszym złem, niż banda zdrajców i sprzedawczyków, którzy oddali swym pracodawcom zza zachodniej granicy większość majątku państwa za kilka srebrników.

Lepsza jest władza populistyczna kupująca głosy biednych rodaków za wydrukowane 500 zł, niż władza „nowoczesna” rujnująca i wyprzedająca kraj na zlecenie pani kanclerz.

Lepsza jest władza, która za poparcie z ambon kolaboruje z przedstawicielami obcego państwa ze stolicą w Watykanie, niż kolaboranci budujący osobiste kariery kosztem Polski, a z korzyścią dla spadkobierców nazizmu.

Lepsi są kibole z legitymacją na nacjonalizm, niż muzułmanie z prawem do gwałtów i mordów w imię własnej religii i „kultury”.

Każdy z tych wyborów jest gówniany i parszywy. Każdy jest niebezpieczny i szkodliwy. Każdy jest złem… więc musimy wybrać pomiędzy złem mniejszym i większym.

 

Pamięć absolutna

Pamiętam mój zachwyt w dniu wejścia Polski do UE. Pamiętam piękną i doniosłą imprezę na Wrocławskim Rynku, gdy stałem autentycznie szczęśliwy wśród tysięcy autentycznie szczęśliwych ludzi, na których spadały tony konfetti w kształcie polsko-europejskich małych-wielkich flag.

Pamiętam mój pierwszy przejazd autem do Niemiec bez granic, czy kontroli. Pamiętam ten mój zachwyt…

Pamiętam go szczególnie, bo jako siedmiolatek wyjechałem z rodzicami i bratem do Niemiec na stałe. Tamta podróż była zupełnie inna. Pamiętam ją doskonale. Zapakowanym po sufit pożyczonym dużym fiatem zostawialiśmy za sobą mroki PRLu, by zacząć nowe życie w raju oddalonym o tysiąc kilometrów od domu… i o cywilizacyjne miliony lat świetlnych. Wówczas na granicy żelaznej kurtyny stały szlabany, których nasze dzieci dzięki UE już nie pamiętają. Stały płoty z drutami kolczastymi, a nas kontrolowali spadkobiercy hitlerowskich Niemców z kałachami w rękach i wściekle agresywnymi psami na krótkich smyczach. Oni też byli wściekli i podobnie jak te psy, piana nienawiści i agresji toczyła się z ich ust. To była granica dwóch światów.

Przejechaliśmy ją i po dwóch miesiącach… wróciliśmy z powrotem. Rodzice nie chcieli podpisać dokumentów azylowych, w których musieliby kłamać, że w Polsce byli bici i gwałceni i dlatego właśnie uciekają przed reżimem występując o azyl polityczny. Musieli pokwitować, że Polska nic już dla nich nie znaczy. Że zrzekają się wszystkiego, z czego wyrośli.

W Polsce było źle, ale nie aż tak źle. I nie umieli się zrzec. Nie umieli kłamać i nie umieli podpisać, że Polski nie kochają.

Upadek tych kurtyn, murów i granic był więc dla mnie magiczny. Życie zaczęło się na nowo. W końcu nie byłem już wyłącznie Polakiem. Byłem nareszcie Europejczykiem!

Co więc się wydarzyło przez te kilkanaście lat, że coraz mniej chcę być współczesnym Europejczykiem, a coraz bardziej dumny jestem z bycia „zaściankowym” Polakiem?

Wybierając dzisiaj pomiędzy „nowoczesną Europą”, a „ksenofobiczną i zacofaną Polską” wybieram Polskę. Pomimo, a może właśnie dzięki władzy, którą szczerze pogardzam.

Jak się jednak okazało, pogardzam nią mniej niż poprzednią, która zdradziła ten kraj i sprzedała, czego emocjonalnie nie zdołali zrobić  moi biedni rodzice uciekający przed nędzą i beznadzieją.

Piszę ten tekst wracając z Bułgarii, gdzie mam swój drugi dom. Lecę samolotem po wcześniejszym okazaniu dowodu osobistego. Paszport nie był konieczny.

Lecę, zostawiając za sobą moje małe mieszkanko ulokowane w środku turystycznej miejscowości, nad samym morzem.

W tym samym kompleksie podobne mieszkanka mają ludzie z całego świata. Moimi sąsiadami są Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Anglicy, Szwedzi i inni.

Kupili mieszkania w Bułgarii – kraju nazywanym w Europie rasistowskim i ksenofobicznym. To bzdura. Na plaży co rusz spotykam czarnych i Azjatów. Czują się tam bezpieczni i szczęśliwi.

Nie ma tylko arabów. To fakt. Nikt ich tam nie chce. Bułgaria jako jeden z pierwszych krajów na początku kryzysu migracyjnego postawiła płot i wojsko na granicach hamując przepływ muzułmanów z Bliskiego Wschodu. Może dlatego, że nie wpuścili i nie tolerują muzułmanów, przemysł turystyczny doświadcza prawdziwego bumu, kosztem Turcji, czy Egiptu.

Wieczorami spotykamy się często wszyscy razem i rozmawiamy o świecie. I ci moi sąsiedzi po czwartym kieliszku pysznego taniego bułgarskiego wina zaczynają mówić. Zaczynają być szczerzy. W Bułgarii za szczerość nie grozi im utrata pracy, czy przyjaciół.

Zaczynają mówić przez łzy, przez zaciśnięte zęby, opłakując los ich ojczystych krajów, które płoną i upadają pod jarzmem islamu i politycznej poprawności. I zazdroszczą Bułgarom zdrowego rozsądku. Zazdroszczą nam Polakom spokoju, bezpieczeństwa i ulic pełnych białych uśmiechniętych ludzi. Ulic, jakie pamiętają u siebie już chyba tylko ze zdjęć.

Co dla mnie szokujące, zazdroszczą nam naszego rządu, który potrafi postawić się dyktatowi Unii, dzięki czemu widmo katastrofy w Polsce jest tak bardzo odległe. Nie umieją zrozumieć moich słów krytyki względem naszej władzy. Nie pojmują, jak możemy narzekać żyjąc w jednym z najwspanialszych Państw w Europie i na Świecie.

I choć szczerze gardzę naszą obecną władzą, bo widzę w absolutnie każdym jej posunięciu wyłącznie intencje populistyczne; bo nie wierzę za grosz w jej dobre chęci i dobrą wolę w jakimkolwiek aspekcie jej działań… wybieram ten populizm i ten fałsz tak długo, jak długo działa wbrew woli Niemiec i współczesnej socjalistycznej Unii Europejskiej. Wybieram tak długo, jak długo zamyka nasze granice przed islamem, a z drugiej strony przed zarazą totalnego spedalenia społeczeństwa, jakie obserwujemy w całej Europie Zachodniej. I nie mówię tu nawet o modzie na gejostwo, a o totalne wykastrowanie i zcwelenie całych narodów…

Jest takie stare rosyjskie przysłowie – „Jeżeli trzy osoby mówią ci, że jesteś pijany, to się połóż.”.

Wierzę moim europejskim-bułgarskim sąsiadom. Wierzę, że ich świat się sypie. Wierzę w ich łzy, w szczerą zazdrość, gdy patrzą na Polskę. Skoro kilka osób z różnych stron świata mówi mi, że są na tym świecie gorsze rzeczy, niż wojna polsko-polska… to idę się położyć. Z uśmiechem na ustach.

Wybieram naszą narodową chorobę. I wolę chorować u nas przewlekle, niż zabiegać o nowoczesną europejską eutanazję.

Bartosz Bodnar

Bartosz Bodnar

Redaktor Bezczelny

Humanista. Kapitalista. Ateista. Od lat związany z biznesem, reklamą, marketingiem i Public Relations. Entuzjasta nowych technologii i zdrowego trybu życia. Miłośnik zwierząt. Sportowiec-amator. Pragmatyk, przeciwnik kościoła katolickiego i innych sekt. Wolnościowiec.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!